Zwiń

Nie masz konta? Zarejestruj się

Doligalski: Reforma Polskiego Ładu to 500 plus dla najlepiej zarabiających. Jest sprzeczna z celami NBP [WYWIAD]

Sonia Sobczyk-Grygiel
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Inflacja
Wyraźnie widać, że ta ekipa nie udźwignęła tak dużej reformy, jaką był Polski Ład
Shutterstock

- Reforma Polskiego Ładu to 500 plus dla najlepiej zarabiających. Jest sprzeczna z celami NBP. RPP zapewne będzie jeszcze bardziej podnosić stopy procentowe - mówi dr Paweł Doligalski, University of Bristol, należy do grupy eksperckiej „Dobrobyt na pokolenia”.

Dwa tygodnie temu rząd przedstawił propozycję poważnej korekty Polskiego Ładu, w tym zmniejszenie 17-procentowej stawki PIT do 12 proc. Jest to dla pana zaskakujące?

Historia Polskiego Ładu pełna jest zaskoczeń. Począwszy od tego, że Sejm w ogóle go przegłosował mimo dużego oporu wewnątrz koalicji, poprzez to, że okazał się aż tak źle przygotowany, że wymusiło to jego poprawianie od razu po wejściu w życie, aż po obecną propozycję korekty Polskiego Ładu, która jest zaskakująco radykalna. Jej celem jest po pierwsze załatanie dziur w Ładzie, co jest oczywiste, ale też ograniczenie wzrostu progresji podatkowej, co już trudniej zrozumieć.

Co, pana zdaniem, powodowało rządem, że zdecydował się na taką zmianę filozofii korekt podatkowych?

W długim okresie, przy utrzymaniu oryginalnych rozwiązań Polskiego Ładu i skorygowaniu jego błędów, nauczylibyśmy się w nim poruszać. Powodem odejścia od założeń tego programu było zapewne po prostu to, że w krótkim okresie okazał się on bardzo niepopularnym rozwiązaniem. Ludziom tymczasowo spadły dochody i była duża presja na to, by zrobić coś natychmiast, „przykryć” ten zły początek inną propozycją. By zwiększyć jej popularność, postanowiono dać korzyści również tym, którzy tracili na Polskim Ładzie.

dr Paweł Doligalski, University of Bristol, należy do grupy eksperckiej „Dobrobyt na pokolenia”
dr Paweł Doligalski, University of Bristol, należy do grupy eksperckiej „Dobrobyt na pokolenia” /
Materiały prasowe

Celem było więc to, by zadowolić wszystkich tak, abyśmy jak najszybciej zapomnieli o Polskim Ładzie, o uldze dla klasy średniej, które źle się kojarzą opinii publicznej. Decydujący w tej sprawie był więc marketing polityczny, a nie powody ekonomiczne.

Dobrze rozumiem, że próba przybliżenia naszego systemu podatkowego do zachodnich - poprzez zwiększenie progresji - okazała się u nas nieopłacalna politycznie? W Polsce ciągle najbardziej zyskowne pod tym względem jest promowanie niskich podatków. A może jednak o klęsce tej propozycji przesądziły fatalne błędy, które już na starcie ją skompromitowały?

Rząd od lat promuje szkodliwą narrację o niskich podatkach. A jeżeli coś podnosi, to „składki” albo „daniny”, a nie „podatki”.

Choć nominalnie duża część społeczeństwa miała na Polskim Ładzie zyskać, to sposób implementacji tych zmian sprawił, że odczuwano go raczej jako obniżenie dochodów i potworny chaos. Chaos i pośpiech to zresztą grzechy pierworodne tej inicjatywy. Wskutek tego reforma ta była bardzo skomplikowana. Jej założenia ciągle się zmieniały. Jesienią 2021 r. przestałem już nadążać za kolejnymi korektami w tym programie. A były one niebagatelne, dotyczyły np. bardzo dużej redukcji obciążeń w przypadku działalności gospodarczej. Wyraźnie widać, że ta ekipa nie udźwignęła tak dużej reformy jak Polski Ład.

Wierzę jednak, że można wprowadzić u nas bardziej progresywny system. Wymaga to jednak spokoju i długich konsultacji z fachowcami - ekonomistami i księgowymi.

Widzi pan jakieś plusy nowelizacji?

Tak. Decyzję o pożegnaniu ulgi dla klasy średniej. Ulga to zły pomysł, który dodatkowo komplikuje i tak skomplikowany system podatkowy. Dochody z umowy o pracę i z działalności gospodarczej, opodatkowane według skali podatkowej, kwalifikowały się do ulgi. Natomiast wszystkie inne źródła dochodów - emerytury, renty, umowy zlecenia czy o dzieło - już nie. To utrudnia życie wszystkim, zarówno osiągającym dochody z różnych źródeł, jak i księgowym czy małżonkom, z których jedno jest na emeryturze. Budzi też wątpliwości, dlaczego np. dochody z pracy mają być korzystniej opodatkowane niż z renty?

Pozytywnie odbieram też przywrócenie wspólnego rozliczania samotnego rodzica z dzieckiem - poprawia ono wcześniejsze błędy.

A minusy?

Obniżenie dolnego progu skali podatkowej z 17 proc. do 12 proc. A także umożliwienie rozliczającym się liniowo lub ryczałtowo odliczenia składki zdrowotnej od podstawy opodatkowania. Zmiany te oznaczają regresywną, czyli przynoszącą najwięcej korzyści zamożnym, obniżkę podatków w nieodpowiednim do tego momencie.

Obniżenie dolnego progu z 17 proc. do 12 proc. nie przyniesie żadnych korzyści osobom, których dochody wynoszą ok. 3 tys. zł brutto miesięcznie i mniej.

Podatnicy z dolnego progu podatkowego zyskają tym więcej, im więcej zarabiają. Z kolei zarabiający powyżej 12,5 tys. zł brutto miesięcznie (czyli kwalifikujący się do drugiego progu podatkowego) odniosą korzyść w wysokości 375 zł miesięcznie (4,5 tys. zł rocznie). W efekcie dużo wyższe korzyści z tej obniżki będą miały osoby osiągające wysokie dochody. Reforma Polskiego Ładu to 500 plus dla najlepiej zarabiających.

Lepszym rozwiązaniem od tego proponowanego przez rząd byłoby po prostu „wbudowanie” ulgi dla klasy średniej do skali podatkowej, ale bez dodatkowych profitów dla najlepiej zarabiających.

A co ze składką zdrowotną?

Możliwość odliczania składki zdrowotnej obniża obciążenie objętych podatkiem liniowym. Już wcześniej, przy bardzo wysokich dochodach, podatek liniowy był niezwykle korzystny w porównaniu np. do umowy o pracę albo rozliczania działalności gospodarczej za pomocą skali podatkowej. Polski Ład to utrzymał, a teraz ta premia dla liniowców będzie jeszcze wyższa.

Korekta ta oznacza zatem odejście od zwiększenia progresji podatkowej. Tymczasem nasz kraj, na tle cywilizowanego świata, jest pod tym względem w ogonie.

Politycy obozu władzy szczycą się jednak tym, że nikt tak nie obniżył podatków w Polsce jak PiS. Mówią, że wesprze to klasę średnią w obecnej sytuacji rosnących cen, a w przyszłości przyczyni się do rozkręcenia koniunktury. Czemu pana zdaniem ta narracja jest szkodliwa?

Wysoka inflacja i rosnące wydatki publiczne oznaczają, że mamy absolutnie nieodpowiedni moment na obniżanie podatków. A ta reforma ma zmniejszyć przychody podatkowe całego sektora finansów publicznych w Polsce - od przyszłego roku ma to być ok. 20 mld zł mniej.

Negatywnie wpłynie to na inflację, bilans budżetowy w długim okresie, uderzy też w samorządy i organizacje pozarządowe.

Jak przełoży się na inflację?

Niższe podatki to więcej pieniędzy w kieszeniach ludzi, co z kolei oznacza wyższą konsumpcję. To dolewanie oliwy do ognia inflacji. Stoi w sprzeczności z celami NBP. W efekcie Rada Polityki Pieniężnej zapewne będzie jeszcze bardziej podnosić stopy procentowe.

Poza tym granice Polski przekroczyło w ostatnim czasie 2,6 mln uchodźców, co oznacza zwiększone potrzeby systemu edukacji, opieki nad dziećmi czy ochrony zdrowia. Mamy też plan znaczącego zwiększenia wydatków na zbrojenia.

A obniżanie podatków, przy jednoczesnym długofalowym wzroście wydatków, jest sprzeczne z podstawową zasadą finansów publicznych. Zakłada ona, że nieoczekiwane wydatki należy finansować zarówno poprzez wyższe podatki, jak i emisję obligacji. Rząd, wbrew tej zasadzie, najwyraźniej planuje emisją długu sfinansować zarówno nieoczekiwany wzrost wydatków, jak i obniżkę podatków. To absurdalna i niebezpieczna strategia, która naraża nas na gwałtowne podwyżki podatków w przyszłości.

Powtórzę: to zdecydowanie nie jest czas na obniżkę podatków.

Na czym dokładnie będzie polegać negatywny wpływ tej reformy na samorządy i NGO?

Przypomnijmy, że to kolejna już reforma systemu podatkowego, która marginalizuje podatek dochodowy: od 2019 r. stawki podatku PIT są sukcesywnie obniżane. Częściowo rekompensował to wzrost innych przychodów: składki NFZ (od dochodów z działalności gospodarczej) i wprowadzenie daniny solidarnościowej (od dochodów powyżej 1 mln zł).

Ograniczając przychody z PIT, a w zamian oferując uznaniowe subwencje, rząd zyskuje możliwość podporządkowywania sobie samorządów i NGO, a co za tym idzie - faktycznej centralizacji władzy.

A jak w tym kontekście ocenia pan zawetowanie przez Polskę na forum unijnym wprowadzenia globalnego minimalnego CIT od korporacji?

Odpowiednim kontekstem dla tego weta wydaje się sytuacja Polski w UE, w szczególności zamrożone środki na Krajowy Plan Odbudowy. Rząd, jak to ma w zwyczaju, hamuje inicjatywy unijne, aby coś ugrać: tutaj najpewniej chodzi o odmrożenie tych środków, które premier już Polakom obiecał.

Czemu jednak rząd to zrobił, mimo że premier Morawiecki od lat postulował walkę z rajami podatkowymi i unikaniem opodatkowania?

Najwyraźniej łatwiej jest się postawić całej Unii Europejskiej niż partnerowi koalicyjnemu, który nie chce odkręcić szkodliwych zmian w sądownictwie.

Jak ta sprawa się zakończy pańskim zdaniem?

Nie sądzę, żeby to weto miało duże znaczenie w długim okresie, może co najwyżej przeciągnąć negocjacje. Globalny CIT można wprowadzić jednostronnie, bez zgody pozostałych krajów - Stany Zjednoczone stosują takie rozwiązanie od kilku lat - co osłabia pozycję negocjacyjną Polski.

Gdybym natomiast mógł premierowi doradzić, jak naprawdę poprawić minimalny podatek CIT, to zasugerowałbym nie kierować dodatkowych wpływów podatkowych bezpośrednio do budżetów państw, ale raczej stworzyć międzynarodowy fundusz finansujący badania nad przeciwdziałaniem zmianom klimatycznym. W ten sposób korzyści z lepszego globalnego systemu podatkowego odniosłyby wszystkie kraje równomiernie, a nie przede wszystkim te najbogatsze, i w końcu zajęlibyśmy się na poważnie tym najgroźniejszym wyzwaniem XXI w. ©℗

Wyraźnie widać, że ta ekipa nie udźwignęła tak dużej reformy, jaką był Polski Ład

Rozmawiała Sonia Sobczyk-Grygiel